Właśnie mija około dziesięć lat jak pracuję w zawodzie nauczyciela. Po tylu latach, zgodnie z ludową mądrością powinnam czuć się dość znudzona, zniechęcona, wypalona i zniesmaczona stanem systemu edukacji. Ale nie jestem.

Kocham moją pracę, przede wszystkim za codzienne wyzwania. Uwielbiam dzieciaki żądne wiedzy i niekończące doskonalenie się w zawodzie. Lubię też różnorodność, którą praca w szkole zapewnia. Mogę być klaunem o 9 rano, wyrozumiałym wychowawcą po południu i mamą wieczorem, kiedy wracam do domu do swoich dzieci.

Jestem w stanie śmiać się w głos, zezłościć na niemiłego rodzica, pękać z dumy, przytulić kilkoro dzieciaków, zrobić sto fotokopii, mówić do pięciuset ludzi i przeprowadzać lekcje oczywiście, a wszystko to jeszcze przed lunchem (lub obiadem, jak kto woli).

Nie ma wielu ludzi, którzy mogą się tym pochwalić. Szczerze mówiąc nie wiem, czy chciałabym robić coś innego. Wiem też, że optymistyczne podejście do pracy to niestety niezbyt popularna postawa wśród nauczycieli. Jesteśmy często jak zła, rozczarowana siła robocza. I niestety obawiam się, że nasze narzekanie sprawia, że tracimy szacunek większej części społeczeństwa.

Osobiście staram się nie narzekać. Oznacza to w praktyce, że często ukrywam się w klasie, uchylając się od niekończących się rozmów, które mnie zwyczajnie frustrują. Zdaje się, że mają one miejsce nieustannie, ponarzekać można przy każdym temacie – bowiem kultura narzekania jest w nas niezwykle silnie zakorzeniona.

Nie zrozumcie mnie źle. Praca w edukacji może być frustrująca. Każdy następujący rząd wykorzystuje nas jako polityczną piłkę nożną albo majstruje przy nas jak przy zabawce. To dlatego, że nasza praca jest tak ważna – jesteśmy częścią życia niemalże każdego, w mniejszym lub większym stopniu. Powinniśmy czuć się dumni, będąc częścią czegoś co służy tak wielu, każdego dnia. Powinniśmy rozmawiać, wyznaczać wyzwania, robić to, co potrafimy najlepiej – w żadnym razie nie możemy pozwolić, by nasze wzajemne kontakty zdominowało marudzenie i użalanie się nad sobą. Jednym z powodów, że czuję się tak dobrze w tym zawodzie jest fakt całkowitej akceptacji tego co robię, nawet w obliczu dzisiejszej rzeczywistości. Na co dzień obserwuję pracę bliskich mi osób, u których 8 godzinny dzień pracy to tylko przygrywka. Wielokrotnie kończą projekty po godzinach, mnóstwo czasu poświęcają pracy w weekendy – wówczas uświadamiam sobie, że nie tylko nauczyciele mają ciężko.

Na szczęście jest sporo pozytywnych osób wokół mnie. Podziwiam ich wszystkich począwszy od stażysty, który namawia mnie do próbowania nowych rzeczy i przewartościowywania sposobu w jaki uczę, do 60-letniego weterana, który ogarnia wszystkie nowości technologiczne, przychodzi do pracy z wyłącznym zamiarem miłego spędzenia czasu z dziećmi, dla których tu właśnie jest.

Moi koledzy i koleżanki, którzy narzekają tak zaciekle zdają się nie zauważać, że to oni sami są częścią problemu. Osłabiają nauczycielskiego ducha tworząc środowisko, w którym każdy jest zbyt przerażony by coś zmienić z racji na na konsekwencje.

To właśnie oni wiecznie niezadowoleni z życia, odmawiają koleżeńskiego zastępstwa, gdy ktoś zachorował, albo oburzają się gdy trzeba iść na zastępstwo na „okienku”. Często używają sformułowań typu: To nie należy do moich obowiązków. To oni widząc problem pchają go jak śniegową kulę ze wzgórza,robią go większym, niż jest w rzeczywistości. Więc zamiast narzekać dyskutujmy, rozmawiajmy o zmianach i o tym, co realnie można zrobić w tej oświatowej rzeczywistości. Celebrujmy z radością nauczanie i trzymajmy się z daleka od rzeczy negatywnych, a przede wszystkim pamiętajmy o tym, dlaczego kochamy nasz zawód.