Każdy nowy rok szkolny budzi nowe nadzieje. Jak dla mnie, nierozerwalnie wiąże się z chęcią działania, zrobienia czegoś nowego, podjęcia wyzwania. Jaki będzie rok 2015/2016?

Zaczęło się bardzo obiecująco. Pięciolatki w przedszkolach będą uczyć się obowiązkowo i za darmo języka obcego. Uczniowie klas I i II szkoły podstawowej otrzymają bezpłatne podręczniki.
Wiele zmian zapowiedziano także w sferze kształcenia ucznia niepełnosprawnego. Pozytywne zmiany nie pominą również szkolnictwa zawodowego, gdzie praktyczna nauka zawodu realizowana w formie zajęć praktycznych będzie odbywać się na podstawie umowy o pracę albo umowy o praktyczną naukę zawodu. Wielki ukłon wykonano także w stronę rodziców, skrupulatnie przypominając im o wszystkim prawach. Najlepiej żeby domagali się ich głośno i arogancko, przypominając jednocześnie nauczycielom, gdzie ich miejsce.

Tych, którzy jeszcze nie widzieli wspomnianego Niezbędnika MEN, zachęcam do obejrzenia. Bardzo ładny. Tak pięknie wyszczególniono w nim wszystkie priorytetowe kwestie w nowym roku szkolnym. Ja dodałbym punkt o obowiązku wychowywania dzieci przez rodziców, bo zdaje się niejednokrotnie, że rodzice zapominają o tym, na kim spoczywa ten obowiązek, oddając pod skrzydła szkoły swoje pociechy: rozwrzeszczane, aroganckie, nieznające podstawowych norm i zasad współżycia społecznego.

Może warto byłoby wspomnieć również o konieczności wdrożenia dziecka w walkę o przetrwanie, gdyż przy 17 oddziałach klas pierwszych w jednej szkole takie podstawowe umiejętności mogą okazać się bardzo przydatne. Podobnie jak wyrabianie w sobie wytrwałości i umiejętności rezygnacji ze swoich pasji rozwijanych podczas popołudniowych zajęć takich jak taniec czy tenis. Trudno bowiem o to, gdy siedzi się w szkole do godziny 16 – 17, bo zdarzają się szkoły pracujące na dwie, a nawet trzy zmiany.

Od kilku lat MEN nadaje mądre hasła kolejnym latom szkolnym. Nowy rok szkolny 2015/2016 został ogłoszony w czerwcu przez Kluzik-Rostkowską „Rokiem otwartej szkoły”. „Otwarta szkoła to taka, która nie zamyka się na kulturę, sztukę, sport, środowiska lokalne. Potrafi korzystać z tego, co ją otacza” – wyjaśniła szefowa MEN. Szkoda tylko, że owa otwartość zamyka się wraz z wypowiedzeniem górnolotnego hasła. Gdzie są konkretne propozycje, jakie narzędzia i środki oferuje się szkole, by ta mogły stać się instytucją otwartą? Nadal nie docenia się pracy pedagogów, a otwartą szkołę tworzą właśnie oni. Bez nich to wszytko nie ma sensu. Akcję protestacyjną już ogłoszono. Dalej zapewne będzie strajk. A podwyżek jak nie było, tak nie ma. Ale otwartość – i owszem!

Nie jestem tu od narzekania. Wręcz przeciwnie, staram się raczej dostrzegać pozytywne aspekty wprowadzanych zmian i je chwalić. Ale coś się we mnie burzy, gdy na liście sukcesów ministerialnych stawia się rozstrzygniętą kwestię wyższości ketchupu nad majonezem w szkolnym sklepik, a o sprawach priorytetowych ani słowa. Zdrowe żywienie jest niezwykle ważne, ale wyeliminowanie słodyczy ze szkolnych automatów i sklepów nie zastąpi braku podstawowej opieki stomatologicznej w szkole, o pielęgniarce zatrudnionej na 5 godzin w tygodniu nie wspominając.

A mi, tak po prostu, marzy się szkoła rozwijająca pasje uczniów, zaspokajająca ich naturalną ciekawość świata. Szkoła wolna i elastyczna, w której ważniejsze od ilości czasu spędzonego w szkolnej ławce jest poszukiwanie nowych metod uczenia się; gdzie ustawodawstwo i programy nauczania oferują nauczycielom więcej swobody w działaniu.

Marzy mi się szkoła, w której system edukacji chroni beztroskie dzieciństwo swojej młodzieży; w której zawód nauczyciela cieszy się poważaniem społecznym, a sam nauczycieli ponosi odpowiedzialność nie tylko za realizację programu nauczania i oceny,  ale również za eksperymenty w zakresie poprawy metod nauczania. Szkoła, która nie zaniża poziomu nauczania do uczniów z najniższym IQ tylko po to, aby w trosce o równouprawnienie nie obrażać “mniejszości“; szkoła, w której nauczyciele prowokują uczniów do zadawania pytań, ale też udzielają na nie mądrych odpowiedzi. I z całą pewnością to, co najważniejsze: edukacją zarządzają nie przypadkowi ludzie z politycznego awansu, ale doświadczeni edukatorzy.

Dlatego marzy mi się, aby w szkole było więcej myślenia i wiary w człowieka. I przychodzi mi na myśl pewien pan o nazwisku King, który to miał piękny sen. Ja też mam taki sen i marzy mi się przestrzeń, w której dzieci rosną w poczuciu akceptacji zarówno ze strony rodziców, przyjaciół, jak i nauczycieli. Przestrzeń w której „inny” nie znaczy „gorszy”. Przestrzeń, w której nie ocenia się poprawności myślenia, ale uczy, że to dzięki otwartości żyje się łatwiej i przyjemniej. Czy tą przestrzenią może być szkoła? Wierzę, że może.

Next Post